Zazdrość

   Drogi czytelniku, czytelniczko, dawno mnie tu nie było… Dawno też nie pisałem… A przecież mam o czym, bo życie dostarcza nam mnóstwo tematów. Świat jest tak zróżnicowany, kolorowy, że trudno przejść obok niego obojętnie. Tematy? Mnóstwo! Tylko że, o niektórych rzeczach pisać nie warto, a niektóre warto przemilczeć, aczkolwiek… Tak, mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Czasami jednak trzeba z siebie coś wrzucić, zastanowić się nad czymś. Coś okiełznać.

   Odbyłem ostatnio ciekawą rozmowę na pewien szczególny temat – zazdrości. Zadano mi pytania czy jestem zazdrosny o żonę, czy moja żona jest zazdrosna o mnie. Czy jestem zazdrosny? W pewnym sensie jestem, ale chyba tak zdrowo. Z miłości. Myślę też, że moja druga połowa także. Mam nadzieję. Tylko czy to tak naprawdę zazdrość? Sądzę, iż to raczej obawa przed stratą ukochanej osoby. Myśl o samotności bez pocałunków, dotyku dłoni, spojrzeń pełnych miłości, poczucia bliskości. To takie uczucie ponad przywiązanie. Strach. Ale czy zazdrość? Byłem kiedyś bardzo zazdrosny. To stwarzało problemy. Związek pełen zazdrości nie jest tak do końca zdrowy. Tak sądzę. Bo zazdrość bierze się chyba z braku zaufania. Mylę się? Wiem jak banalnie to brzmi, aczkolwiek wydaje mi się, że zaufanie jest podstawą, fundamentem, na którym budujemy wspólne jutro. Fantasia Painting(105)    Violetta Villas śpiewała, że „nie ma miłości bez zazdrości”. Pytanie tylko czy to już miłość, czy ciągle faza zauroczenia? Faza ta nierozerwalnie wiąże się z zaborczością, a od niej do zazdrości jest bardzo bliska droga. I na odwrót. Zazdrość bywa piękna i romantyczna, ale tak naprawdę bardzo nas ogranicza, ponieważ nie daje nam szansy na rozwinięcie skrzydeł. A to przecież miłość oparta na zaufaniu nas uskrzydla. Sprawia, że trzymając się za ręce przemierzamy razem świat, który nie ma dla nas barier. Kiedy wyobrażamy sobie stratę bliskiej osoby, boimy się tego – cierpimy. I ta najbliższa naszemu sercu osoba cierpi razem z nami. To chyba jest nie w porządku.

   Czy jestem zazdrosny? Tak. O każdą chwilę kiedy nie jesteśmy razem, o każde wypowiedziane słowo, którego nie słyszę, o każdy uśmiech którego nie widzę. O innego mężczyznę? Nie. Bo kocham, ufam i jestem szczęśliwy, a do tego wolny jak ptak. Kochać i być kochanym – bez granic – polecam.

   Zazdrość – nie lubię. Chociaż to słowo ma w sobotę taki mały pierwiastek usprawiedliwienia: udaje starania. Jestem zazdrosny – znaczy kocham. Nic bardziej mylnego. Jestem zazdrosny – znaczy nie ufam. A to już nie jest nic dobrego.

Do zobaczenia za chwilę.

   Popatrzyła na niego tymi swoimi wielkimi oczyma. Były jakieś takie nieobecne. Nie zmartwił się tym aż tak bardzo, bo ostatnio mieli trochę problemów. Nie mogli się dogadać, ale jak zawsze potrafili się pogodzić.
- Coś się stało? – zapytał na wszelki wypadek – Coś nie tak?
Nic nie powiedziała. Lekko się uśmiechając podciągnęła kolana pod brodę i przyłożyła usta do swojego ulubionego kubka, delikatnie dmuchając zanim upiła łyczek kawy. Robiła wtedy taki śmieszny dziubek, który zawsze go rozczulał. Pamiętał jak pierwszy raz pili razem kawę, to było nad morzem, gdzie spotkali się przypadkiem po latach. Zaśmiał się wtedy i powiedział, że to najsłodszy dziubek, jaki w życiu widział. Od tamtej pory byli praktycznie nierozłączni.
- Jak masz na imię? – to pytanie wyrwało go ze wspomnień.
- Co? No przecież wiesz. Co się dzieje?
- Bo widzisz – odpowiedziała – znamy się już tyle lat i wiem o tobie wszystko. Naturalnie znam twoje imię. Chodzi mi o to, że zawsze potrafisz mnie zaskoczyć, więc na wszelki wypadek pytam o twoje imię, gdyby miałoby być inne.
- Ha ha ha jesteś niemożliwa – szczerze rozbawiony nie mógł powstrzymać uśmiechu – Mam na imię tak samo jak zawsze.
- Wiem głuptasie. Nie o to chodzi. Bo jesteśmy tacy szczęśliwi, że to wszystko jest takie nierealne. A gdybyś umarł to chyba też bym umarła.
- Co ty mówisz? – nie podobał mu się temat tej rozmowy – Naczytałaś się znowu jakiś bzdur w tych swoich książkach?
Był zły, bo jej dusza romantyczki, którą tak bardzo kochał, czasami powodowała iż jego ukochana „odlatywała”. Co prawda kochał ją za te małe szaleństwa, ale tym razem było coś nie tak.
- Tristan kochał Izoldę, Romeo Julię, Werter… Myślałam, że taka miłość zdarza się tylko w książkach, a my? My jesteśmy prawie jak oni. To uczucie jest takie… Nierealne – Jej oczy się zaszkliły – Kocham cię tak mocno, że prawie mnie to boli. Kocham tak niewyobrażalnie, że nie lubię, kiedy wychodzisz sam do sklepu. Nie wiem czy to normalne, ale po tylu latach ciągle jestem szalona z miłości do ciebie.
- Wow.. No, ja też ciebie kocham. Bardzo – zmieszał się trochę. Należał raczej do osób powściągliwych. Nigdy nie epatował zbytnio uczuciem. Owszem, walentynki, urodziny – zawsze pamiętał, że uwielbia tulipany. Te czerwono-żółte. Wystarczyło mu, że raz na jakiś czas powie „kocham cię” i już. Bo i co więcej trzeba? Za to ona – istny wulkan uczuć. On nie rozumiał, co to znaczy „kochać na zabój”. Ona kochała całą sobą. On kochał, ale w ciszy, skrycie.
- Kochanie, czy umarłbyś dla mnie? – to było ostanie, które zadała zanim wyszła z domu.
- Na pewno bym zabił – odpowiedział z uśmiechem.

   Parę dni później, kiedy załatwił już wszystkie sprawy. Spojrzał na nią, kiedy siedziała na swoim ulubionym fotelu. Popatrzyła na niego tymi swoimi wielkimi oczyma. Były jakieś takie nieobecne. Nie zmartwił się tym aż tak bardzo, bo ostatnio mieli trochę problemów. Jej obraz zaczął się rozmywać. Uśmiechnął się smutno, ale pełen nadziei…
Wszedł na krzesło i spojrzał na jej ulubiony fotel, gdzie jeszcze nie tak dawno lubiła siadać, poprawił sznur i powiedział:
- Do zobaczenia za chwilę kochanie…

1300634801_by_pires_600