Tak trochę i bardzo.

Tęsknię za Tobą. Tak trochę i bardzo wiesz? Chciałbym zobaczyć jak pijesz kawę. I lub albo chcę zaparzyć ci herbaty. Bo herbata jest zdrowa. Tak mówią. A ja jestem chory. Tendencyjnie napiszę, że z miłości ale tak naprawdę to zauroczenia. Tak. Z zauroczenia codziennością twoich zachowań. No bo tak fajnie wieszasz pranie, że skarpetki zawsze są razem. Koszulki koszulkami, spodnie spodniami, ale te skarpetki… To jest swego rodzaju constans moich uczuć. Ale to dziwne. Taki fetysz trochę jak przesłanie ci buziaka na do widzenia.

Cholera jak ja tęsknię za Tobą. Możesz jeszcze raz zrobić mi budyń? Wiesz, ten truskawkowy co lubię go najbardziej. Zjemy razem? Nie świruj tylko bierz łyżkę. Oboje wiemy że chcesz. Znowu tęsknię. Nie lubię tego tak bardzo, że krzyczę o tak: AAAAA!!! Bo to boli wiesz?

Nigdy Ci tego nie mówiłem ale śniłaś mi się. Wiele lat temu, kiedy jeszcze Cię nie znałem. Tak, tak. Właśnie tak dawno temu. Nie miałaś twarzy, ani imienia, ale wiedziałem że to musisz być ty. No bo kto inny złapałby mnie za serce i wytarmosił? Ja po prostu nie szukałem innych tylko czekałem na ciebie.

Oj nie. Znów zbliża się mrugnięcie.

Znowu będę tęsknił…

 

ręce

Mówię o tym głośno.

   Nienawidzę się tak czuć. Stojąc na skraju mentalnej przepaści z wyimaginowanym nożem w dłoni. Patrzę na ostrze, które blaskiem zachodzącego słońca kusi mnie do złego. Nie chcę się poddawać tej fantazji, że później jest lepiej. Nie boli. Nie przeraża. Świat zatacza koło, a ja czuję się jakbym stał obok i niewidzialnym gestem…
Wolał pomocy.

   Nienawidzę tych stanów kiedy między świadomością wyboru, a tym co nieuniknione jest nić tak cienka, że boję się drgnąć aby jej nie przerwać. Wtedy spadam na dno samego siebie i krzyczę w kosmosie moich myśli: Dlaczego tak się ze mną dzieje?!
Każdego dnia uśmiecham się do ludzi. Każdego dnia walczę. Każdego cholernego dnia.

   Chciałbym się położyć spać z myślą: Ciekawe co mi się przyśni? Często myślę: Jutro znowu będę musiał wstać.

   Wszyscy dookoła mnie chcą żebym był szczęśliwy. I jestem. Tylko czasem nie umiem. Za często. Bo wszędzie leżą wyimaginowane sznury, żyletki, strzykawki i noże.             Ja między nimi chodzę. Balansuję na granicy obłędu. Czasami.

  Widzisz że ciągle się śmieję. „On to ma tylko w głowie głupoty” mówisz. To prawda. To jest mój oręż. To moja broń. Bo… To moja walka. Każdego dnia patrzę w lustro, prosto w oczy i przekonuję samego siebie, że będzie dobrze. Że kolejny dzień przyniesie spokój ducha. Relaks umysłu. Potem biorę mój oręż i stawiam czoło rzeczywistości…

0_0_0_1794191078_middle