Obłęd wyrwany z kontekstu

Uniosła delikatnie brwi, w niemym geście zdziwienia. Jak to odejść? Jak to, odejść? Myśli wirowały jej w głowie niczym liście na jesiennym wietrze. Odejść?

- Dlaczego? – zapytała drżącym głosem.

- Po prostu. Bez racjonalnego powodu – usłyszała obojętny głos.

Nie można przecież odejść bez powodu. Zawsze jest jakiś powód. Ludzie nie odchodzą tak nagle z powodu widzimisię…

- To moja wina… Tak. Gdybym tak mogła cofnąć czas… – w jej głosie drżenie przechodziło w urywany szloch. Łzy, już bez wstydu spływały po policzkach, obojetne na ludzkie spojrzenie.

- To nie jest twoja wina. Tak się musiało stać. Prędzej czy później została byś sama. Wiesz o tym tak samo jak ja. Tutaj nie ma powodu. Jest jak jest. – Nie mogła tego znieść. Tej goryczy. Tych cierpkich słów. Czy nikt jej nie rozumie? Zostaje sama. Samotna na tym, jakże obcym jej świecie.

- Ludzie… Nie… Odchodzą… Bez… Powodu… – Słowa ledwo wychodziły jej z ust. Nie była w stanie normalnie oddychać. Teraz nie łzy, lecz płacz targał jej ciałem. – On. Odszedł…

- Tak, ale nie zostawił cię samej. Masz mnie siostrzyczko. I zawsze będziesz mogła na mnie liczyć. – Płacząc wtuliła się bezradnie w ramiona siostry. Poczuła jeszcze większą pustkę i bezsilność. Jakby zabrano jej cały świat, nie zostawiając absolutnie niczego.

- On.. Też tak mówił… A… A teraz go nie ma!

- Kochanie, ja wiem jak trudno ci się z tym pogodzić. Ale minęło już pięć lat od jego śmier… Odejścia. Nie mogłaś nic zrobić. Lekarz ci tłumaczył, że tętniak to bomba zegarowa. Nie wiesz, że go masz. Nie wiesz kiedy eksploduje…

- Gdybym jakoś inaczej mu to powiedziała, może teraz by żył… Delikatniej… – pogrążając się coraz bardziej we własnym świecie rozpaczy załkała – Gdybym go jakoś przygotowała…

- Jak? Nie mówiąc mu o dziecku? Masz świadomość ile to w nim wywołało emocji? Do tego nie da się przygotować. Wiesz, że był szczęśliwy kiedy się dowiedział o twojej ciąży. Nikt nie wie jak by się zachował na jego miejscu…

- To nie jego wina! To ten drugi kierowca na nas najechał! Byłam tam! Widziałam!

- Nie obwiniam go o nic… Spokojnie. Chcę ci tylko pomóc…

- Mi się nie da pomóc! Mój mąż… Nasze nienarodzone… Dziecko. O Boże… Oni już nigdy nie wrócą! – patrząc bez wyrazu przed siebie dodała – Jestem taka samotna… Dlaczego? Przecież ludzie nie odchodzą bez powodu…

„I nawet kiedy będę sam…”

Czasem czuję się taki samotny… Zagubiony w społeczeństwie, niezrozumiany. Odrzucony na margines, z którego nie mogę się uwolnić. Czuję się jak niewidomy wśród niemych…

Czasami ludzie udają kogoś, kim nie są, żeby zyskać akceptację w oczach innych. Udają pewnych siebie, będąc jednocześnie nieśmiałymi. Chowają się za maską błazna, jednocześnie pozwalając swojej głowie zachować spokój i dryfować na oceanie wyobraźni.

Kiedyś zapytałem kogoś, „Czy ja tak naprawdę wszystkich zanudzam?”, odpowiedź była twierdząca. Zastanawiałem się, czy to ze mną jest coś nie tak? Czy to ludzie nie potrafią słuchać? I do dzisiaj tego nie wiem.

Zawsze mówiłem, że nie jestem zarozumiały, tylko znam swoją wartość. Czy to prawda? Nie wiem tego, bo ostatnio zaczynam tracić wiarę we własne osądy…

Nie chcę pouczać, chcę naprawiać. Nie uważam się za lepszego od innych ludzi, chcę tylko żeby ludzie byli lepsi niż są. Kiedy kochają, to niech kochają szczerze. Kiedy wyznają przyjaźń, niech trwa po życia kres. Kiedy są, niech będą sobą, ale myślą też o innych.

Czasami czuję się zagubiony jak dziecko we mgle. Nie wiem, którą z dróg mam wybrać, żeby uszczęśliwić innych, przy tym samemu być szczęśliwym. Sięgam po małe rzeczy, które są dla mnie wielkie. Daję z siebie wszystko, oczekując w zamian tego samego.

Przepraszam wszystkich, których skrzywdziłem.

Przepraszam przyjaciół, których zawiodłem.

Przepraszam wszystkich, że wciąż jestem sobą.

Przepraszam siebie, że nie chcę zapomnieć sobą być.