Mój Hogwart.

Idąc ulicą, wiele osób spogląda w moją stronę. Niektórzy szepczą do siebie i wskazują (niby subtelnie) na mnie. Nie czuję się wtedy jak gwiazda.

Dlaczego o tym piszę? O czymś, co niektórzy odbiorą zapewne za wylewanie żalu, chociaż tak nie jest. Dlaczego? Żeby powiedzieć, że istniało kiedyś magiczne miejsce. Mój Hogwart.

            Nawiązanie do Harrego Pottera może wydać się śmiesznym i takie miało być w istocie, jednakże gdyby spojrzeć bliżej, podobieństwa się znajdą. Na przykład ja także spotkałem swoją miłość w tym miejscu, jak Harry w Hogwarcie poznał Ginny. Spędziłem tam też kawał życia. Dzieciństwa, czy okresu dojrzewania. No i wreszcie najważniejsze podobieństwo. To tam czułem się naprawdę sobą. Bo dookoła mnie byli ludzie tacy jak ja. Piszę o szpitalu w Polanicy Zdrój, który odwiedziłem dwadzieścia kilka razy, na różnego rodzaju zabiegach. Bez obaw, nie będę ich opisywał. Spotkałem tam masę ludzi z całej Polski. Usłyszałem ogrom historii. Widziałem tak samo wiele łez jak i uśmiechów.

            Wydawać by się mogło, że o takim miejscu chce się jak najszybciej zapomnieć, ale nic z tych rzeczy. Ja tęsknię. Za murami. Ludźmi. Za poczuciem pełnowartościowości. Gdzie nikt nie postrzegał cię przez to jak wyglądasz, tylko przez to, jaki jesteś. Nikt nie oceniał twoich butów, spodni czy zasobów portfela. Nikt nie patrzył na ciebie jak na indywiduum.

Pamiętam jak kiedyś spotkałem dwie siostry, bliźniaczki, z tą samą wadą, co ja. Miały wtedy po siedemnaście lat i nie miały przyjaciół. Nie chodziły na imprezy. Były we dwie w domu z rodzicami. Wstydziły się siebie. Nie będę tu pisał, co ja robiłem w ich wieku (kto mnie zna ten wie), ani bawił się w moralizatora. Ale na Boga, jak to jest możliwe? Może, dlatego że ja miałem szczęście spotkać na swojej drodze dobrych ludzi, którzy ściągnęli mnie na złą drogę  (złą w sensie buntu młodzieńczego, który w moim przypadku przybierał bardzo wyraźnie – niewyraźną formę), a one nie? Rozmawiałem z nimi długo, nie mogąc wyjść ze zdumienia. Jak? Jak to jest możliwe, że społeczeństwo było dla nich zamknięte? Nie ogarniam tego. Kilka lat temu widziałem je na szpitalnym korytarzu i powiem Wam szczerze, chyba dojrzały do bycia sobą. Gratuluję im z całego serca i trzymam za nie kciuki.

         

Mój Hogwart. Tak. Tam także istniały tajemne przejścia. Czy tajemnicze komnaty (sale), np. strych na czwartym piętrze, zamknięty na kłódkę. Każdy z nas miał tam swojego Snape’a czy Dumbledore’a. Każdy kogoś innego, bo nie da się lubić wszystkich jednakowo. I tam też działa się magia. Dużo magii. Dość powiedzieć, że kiedyś w TVP1 emitowano serial o tym miejscu pt. ”Klinika Cudów”. Cudów. Tak, to najlepsze określenie…

            Tamtego szpitala już nie ma. Pozostał tylko budynek pełen wspomnień. Powstało nowoczesne Specjalistyczne Centrum Medyczne, jednak to nie to samo. Mój Hogwart to „stary szpital”, gdzie łóżka pamiętały Gierka, a szafki Bieruta. Gdzie posiłki przywożono w garnkach i na talerzach, a nie na plastikowych tackach. A na dole była świetlica z telewizorem, gdzie kanały zmieniało się długopisem. Na trzecim piętrze była łazienka, gdzie wszyscy pacjenci palili papierosy, a windę można było otworzyć łyżką. Z okien widać było przepływającą rzekę i panoramę miasta, a latem na tarasie się opalaliśmy. Owszem, czasem bolało, a strach przed zabiegiem nie opuszczał nikogo, ale mimo to wszyscy byli tam dziwnie spokojni, bo mieli swoje miejsce na ziemi.

            Dzisiaj chciałbym zapytać, jak to jest, że mój Hogwart nie istnieje dookoła nas, tylko w moich wspomnieniach? I nie chodzi mi o budynek. Jak to jest, że społeczeństwo dzieli nas na równych i równiejszych? Mój Hogwart. Moje życie.

Kiedyś, nie tak dawno temu…

Wracając z Turku do Torunia, w Dzień Zadusznych, Dziady, jak zwał tak zwał, Wspominałem.

Babcie, Dziadka. Jednego Dziadka, bo drugiego nie znałem… I to jak kiedyś było fajnie. Nie musiałem się o nic troszczyć. Bawiłem się, uczyłem, czytałem, grałem w piłkę. Byłem beztroski. Wielu z nas było beztroskich.

Wspominałem zabawy w strzelanego z kolegami, i oczywiście nasze mecze „piłkarskie”. Potrafiliśmy się między sobą pokłócić i nie odzywać aż do popołudnia! Po obiedzie zawsze był luz. Ewentualnie solówa i luz. Było fajnie. To były czasy, kiedy w telewizji leciał Jata-Man i Kapitan Tsubasa. Każdy chciał być jak Jean Claude Van Dame albo Arnold. Grać jak Romario. A ja zajadałem się mlekiem w proszku lub robiłem z Mamą czekoladę. Tak, tak, robiłem i była pyszna, a w radio grali BackstreetBoys i Dr Albana. Mieliśmy też takie kulki na dwóch sznurkach, pamiętacie? Co się łapało pośrodku i ruchem nadgarstka stukało się jedną od drugiej. Wkurzając przy tym oczywiście sąsiadów. Tyle, że wtedy nikt nikogo nie posyłał za to do sądu, za naruszenie dóbr osobistych. Było jakoś inaczej. Weselej? I jeszcze jedno. Darku, przyznaję się, to ja zbiłem szybę w twojej piwnicy, kopiąc w piłkę do koszykówki. Przepraszam. Lepiej późno niż wcale nie? Szkoła też była fajna. Jedni uczyli się lepiej, inni gorzej. Jedni słuchali rapu, inni metalu, ale nikt z tego powodu nie popełniał samobójstwa. Topiliśmy marzannę, robiliśmy dyskoteki w szkołach, a nie na wynajętych salach bankietowych. I chodziliśmy na nie sami, a nie z rodzicami czekającymi w samochodzie. Czekającymi, aż dziecko wejdzie do budynku.

Jak to jest, że ci sami ludzie, którzy nas wychowywali, dzisiaj są uważani, za niemy głos? Dlaczego uzurpujemy sobie prawo do tego, że mamy rację we wszystkim? Dlaczego dzisiejsze telewizory mają funkcję ochrony rodzicielskiej? Za naszych czasów tego nie było. I żyjemy. Często myśląc, że bez końca.

Dlaczego kiedyś wszyscy się starali, a teraz nie mogą? Dlaczego kiedyś, a nie teraz?

Zatrzymaj się na chwilę. Usiądź, zrelaksuj się, i przenieś do tamtych czasów. Czujesz zapach frytek na mieście? U mnie, w Turku, na ulicy Kaliskiej było takie okienko, gdzie sprzedawano takie fryteczki, że hmmm. Tam frytkami pachniało na pół ulicy. Frytkami z ziemniaków. Nie ze skrobi ziemniaczanej. Czujesz? I przypomnij sobie zapach kebaba, z przeciętnego okienka, nierzadko przyczepy. Gorzej co?

To jest to. Zadajemy sobie pytania, „Co poszło nie tak?”, „Gdzie jest ta, chęć do życia?” Może to jest w nas? Bo skoro tym, którzy kiedyś byli dorośli się nie udało nam czegoś powiedzieć, to my sami powinniśmy znać odpowiedź na te pytania: Czy to ja zawiniłem? Czy system?

Jesteśmy ślepi i głusi. Wszyscy. Otwórzmy oczy, i popatrzmy dookoła. Posłuchajmy. Czy to nam się podoba? A może spróbujmy to zmienić? Nie da się? Wiedziałem…

Codziennie zastanawiam się, co jest nie tak? Budzę się i tęsknię za tym, co było kiedyś. Jacy my, byliśmy kiedyś. Patrzę na ludzi i pytam się w myślach, gdzie jest haczyk? I ciągle nie wiem. Tyle, że wiem, co innego. Chcę, żeby było jak kiedyś. A Ty?