Czy ja muszę się tego wstydzić?

Ostatnio zastanawiałem się czy muszę się wstydzić tego, jakim mężczyzną jestem? Bo chyba nie łapię się w żadne stereotypy.

Nie wiem, co w dzisiejszych czasach oznacza bycie mężczyzną. Bo chyba nie rąbanie drewna, zabijanie zwierzyny i branie kobiety, kiedy się ma się na „to” tylko ochotę. Nie ona. Ja.

Czy ja muszę się wstydzić, że nie robię takich rzeczy?

Nie wiem. Kiedyś będąc na wakacjach usłyszałem, że moja koleżanka nie lubi typu „romantyka”. Facet musi być twardy. Po czym parę tygodni późnej pocieszałem ją na imprezie, bo jak sama powiedziała, jej chłopak ma ją gdzieś i robi, co chce. Nie był romantykiem. Był „twardzielem”?

Nie ogarniam tego.

Czy bycie facetem z krwi i kości do czegoś mnie zobowiązuje? Muszę nienawidzić pedałów, żłopać browara i oglądać mecze w telewizji i od czasu do czasu ustawić swoją żonę do pionu, bo „zupa była za słona”?

A może nie muszę?

Nie mam nic do gejów i nie ustawiam żony (czasem ona próbuje ustawić mnie – próbuje). Lubię oglądać „Sex w wielkim mieście”, wzruszam się oglądając ‘Dom nie do poznania”, płaczę na „Love Story” i piszę wiersze (z reguły o miłości). Zresztą, płaczę na wielu filmach, w tym „Tajemnica Brokeback Mountain” (tak, na tym też). Interesuję się sztuką (trochę), kocham muzykę. Czytam książki, często. I nie wstydzę się powiedzieć, że kocham żonę i lubię z nią chodzić na zakupy po nowe ciuchy. Czy to sprawia, że nie jestem facetem? Nie jestem mężczyzną?

Czy ja muszę się tego wstydzić?

Bardzo lubię przeklinać. Pierdnąć i beknąć. Lubię napić się piwa, a od czasu do czasu napić się wódki. Lubię zapalić zioł… ciii. Czasem jestem palantem i niemiłym dla ludzi dupkiem. Lubię ostre kawały i rozmowy o „dupach” i lubię też wyuzdane akcje Sashy Grey czy Ashlynn Brooke. Lubię piłkę nożną, koszykówkę – sport w ogóle. Oglądam MMA, czy też K1. Jak ktoś ma coś do mojej rodziny, staję do walki i nie ma przebacz. Lepiej? Bardziej pasuje?

To czy ja muszę coś udawać?

Wszystko to, co o mnie, to prawda. Łączę się sam ze sobą. Jak ogień i lód. Pytanie jest zasadnicze: Jaki jest prawdziwy mężczyzna? Może ja mam w sobie kobietę? Nie sądzę. Jestem sobą i tego się trzymam. Pytanie jest inne…

Czy ja muszę się tego wstydzić?

A może jestem prawdziwym mężczyzną bo potrafię się do tego wszystkiego przyznać?

 

 

Spójrz mi prosto w oczy…

Bardzo lubię patrzeć w oczy. Wróć. Bardzo lubię patrzeć w oczy kobietom. Bo kobiece oczy, mają w sobie tyle magii i głębi, w której można się po prostu zatracić.

Lubię patrzeć na te tańczące iskierki, słonecznego blasku. To sprawia, że na chwilę odrywam się od rzeczywistości. Płynę w oceanie nieważkości, niesiony przez prądy fantazji, do krainy zwanej ukojenie.

Kobiece oczy mają też drugą naturę. Kiedy… Lecą z nich łzy… Tego nie lubię. To mnie przeraża, bo nigdy nie wiem jak mam się zachować w tej chwili. Czy objąć, przytulić? Czy po prostu być i milczeć, słuchając bólu, ocierać te łzy z policzków?

Kobiece oczy są niezgłębione. A kiedy stają się chmurne, lepiej w nie nie patrzeć. Kiedy kobieta patrzy na ciebie w ten mocny sposób, kiedy chce cię ukarać spojrzeniem, to jest tak, jak gdyby jastrząb pikował po swoją ofiarę. Jak gdyby sto sztyletów wbijało ci się w ciało. Nie ma nic gorszego od zranionej kobiety… I jej oczu…

Kiedy z kimś rozmawiam, lubię patrzeć temu komuś w oczy. Nie cały czas. Spoglądać. Ludzie się peszą. Oni nie chcą zdradzić swoich sekretów, o których myślą w danej chwili. Boją się.

Oczy są zwierciadłem duszy? Podobno.

Strach, złość, miłość, radość, pragnienie, odraza, współczucie – to wszystko widać w oczach. No właśnie, współczucie. Jak to jest? Zadano mi ostatnio pytanie, komu jest trudniej: tym, co patrzą na twoje cierpienie i nie mogą ci pomóc, czy tym, co cierpią i widzą, że inni też cierpią z ich powodu?

Nie wiem.

Kiedyś rozmawiałem z pewna dziewczyną, która zapytała o moje wyjazdy do szpitala. Kiedy dowiedziała się ile ich było, powiedziała, że mi współczuje. To było dla mnie bardzo przykr… No w każdym bądź razie odpowiedziałem, że nie oczekuję współczucia, tylko zrozumienia. I tak sobie myślę, że to chyba najwłaściwsza odpowiedź na poprzednie pytanie, mimo że w jej oczach to „zrozumienie” się nie pojawiło. Wtedy też pojąłem, jak cienka jest linia, między litością, a współczuciem. A to już inny temat.

Wracając do oczu i patrzenia w nie głęboko. To prawdą jest, że wiele osób tego nie lubi. Dlaczego? Przecież można mrugać, to nie pojedynek na siłę wzroku. Wystarczy chwila ciszy. Moment wytchnienia. Zapomnienia o świecie. Tylko patrzymy sobie w oczy.

Spróbujcie. Wystarczy bliska nam osoba. Może być zdjęcie, byle patrzyła na was. Panowie, nie bójcie się. Panie nie krępujcie.

Spójrzcie sobie w oczy i nic nie mówcie.

Ta rozmowa potoczy się sama…