Opowiadanie

Wczorajszej nocy (00:15) wpadłem na pomysł napisania opowiadania. Jak pomyślałem tak zrobiłem, biorąc smartfona do ręki i oto, po małej korekcie na komputerze, powstało coś takiego:

***

Piszę te słowa w telefonie, siedząc na moście w Toruniu. Mieszkam tu już od jakiegoś czasu i nadal nie wiem, jaką ten cholerny most ma nazwę. W tym mieście, w tej chwili jest tylko jeden most, a ja nie wiem jak się nazywa. Teraz to już nie ważne. Być może nigdy się tego nie dowiem. Pewnie się zastanawiasz, po co siedzę na tym cholernym moście? A po co się siedzi na moście? Żeby ze sobą skończyć. Tyle, że z reguły większość tych kretynów, co skaczą nie mają sensownych powodów. Ja chyba mam. Jak już nie mogę wytrzymać. Ja się boję.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu. Wracałem z zakupami ze sklepu i nagle w tłumie ludzi mignęła mi znajoma, kobieca twarz. Zdawało mi się, że jest znajoma. Dziwne było to, iż miałem nieodparte wrażenie, że przez ten ułamek sekundy patrzyła mi prosto w oczy. I uśmiechała się…

Bardzo szybko zapomniałem o tym zdarzeniu. Jednakże jakiś czas później znów się to powtórzyło. Tym razem byłem z żoną i przyjaciółmi na spacerze w mieście. Po drugiej stronie ulicy ludzie wysiadali i wsiadali do autobusu miejskiego i znów ją zobaczyłem. I kolejny raz ujrzałem to spojrzenie i uśmiech. Tym razem pomyślałem – sam nie wiem czemu – że to deja vu. Teraz wiem, że to nie były żadne przywidzenia. Albo były i są nadal. Albo to coś w mojej głowie. Albo to prawda…

Takie sytuacje zaczęły się powtarzać, co raz częściej. Dwa, trzy razy w miesiącu. Powiedziałem o tym żonie, która całkiem słusznie zresztą, wytłumaczyła to tęsknotą za rodzinnym domem. Fakt, już dawno nie tam nie byłem, a ostatnio przez brak czasu dość rzadko jestem w rodzinnych stronach, a jak już jestem to na krótko. Wiecie jak to jest. Widzimy w kimś zupełnie obcym kogoś znajomego, kogoś z rodziny, a okazuje się on kimś zupełnie innym. Podobnym do kogoś, jednak ciągle kimś obcym. Tyle, że to nie w tym rzecz…

Te same oczy, ten sam uśmiech, ten sam schemat. Tylko ja ją widzę. Zawsze przez chwilę. Zawsze w tłumie ludzi.

Zaczynam wariować.

Przez ostatnie miesiące nie ma dnia żebym jej nie widział kilka razy dziennie. Już nie tylko w tłumie. Czasem mija mnie na ulicy, a jak się odwracam nikogo za mną nie ma lub jest to ktoś inny. Są momenty, kiedy widzę jak przechodzi przez ulicę, by zaraz potem jechać ze mną tramwajem, czy stać na światłach, przez które przejeżdżam. I nie robi tego bez przyczyny… Wiem już, czego ode mnie chce. Po co przychodzi i tak pięknie się uśmiecha. Chce żebym zrobił coś złego… Zacząłem się bać. Myślałem nawet o wybraniu się do psychiatry. Zacząłem się naprawdę bać…

Kilka tygodni temu zaczęła pojawiać się też w moich snach i każe mi robić złe rzeczy. Bardzo złe. Nie ma nocy, żeby nie przychodziła we śnie. Taka piękna. I nic nie mówi tylko patrzy na mnie i się uśmiecha. Tylko czasami prosi. Mówi, że wtedy to się skończy. Tak pięknie brzmi jej głos, kiedy to mówi. I obiecuje spokój. Ale ja się nie ugnę. Jej sztuczki na nic się nie zdadzą. Nie zabiję nikogo. Ona każe mi zabijać. Ona chce żebym zabił żonę. A jak ktoś jest u nas na noc, chce żebym udusił go poduszką. Podciął gardło nożem kuchennym. I mówi to takim pięknym głosem. I tak czule się uśmiecha… Że boje się, że mogę to zrobić. Dla niej. Żeby dała mi spokój.

Ja nie chcę zabijać… Nie mogę… A ona tak prosi. Tak pięknie mówi…

Dzisiaj znów ją widziałem. Jechałem autobusem, a ona stała w deszczu na chodniku. Jej usta poruszały się w niemych słowach „Zabij dla mnie”. Oblałem się potem, mimo że było chłodno. Ręce mi się trzęsą, kiedy zapalam kolejnego papierosa. Boję się być sam. Boję się być z kimś. Boję się…

Teraz jest tu, obok, kiedy moje nogi wiszą swobodnie po za balustradą i patrzy na mnie takim smutnym wzrokiem. Ja wiem, czego ona chce. Ale wiem też, czego ja nie chcę. Za długo jej słuchałem. Za długo. I nie chcę jej ulec. Nie wiem czy nie uległem już dawno. Czy zwariowałem? Nie wiem. Nie chcę… Boję się…

Wybaczcie, że was zostawiam. Przepraszam, że w taki sposób się żegnam. Nie mam już siły. Tylko, że ciągle chcę żyć.

Ale ona tak pięknie patrzy. Tak pięknie prosi…

KONIEC

P.S. Jak widać opowiadanie nie ma tytułu. Bardzo chętnie przyjmę wszelkie sugestie. Pozdrawiam tych, którzy wytrwali do końca moich „wypocin”.

P.S.2. Parafrazując Stephena Kinga: Dziękuję za pomoc Asi, żonie i najostrzejszemu krytykowi. Za to, co dobre, dziękuj jej, za to, co złe, obwiniaj mnie. W.S.

O poczuciu humoru

Rozbawił mnie ostatnio dowcip:

- Czego chcemy?
– Aparatów słuchowych!
– Kiedy tego chcemy?
– Aparatów słuchowych!


Rozbawił, mimo tego, że sam noszę aparat słuchowy. Dziwne? Nie, bo i dlaczego niby? Bo niepoprawny politycznie? Bo nie wolno się śmiać z cudzej ułomności? Teoretycznie. Osobiście uważam, że jeśli śmiejemy się z czegoś musimy być równocześnie pogodzeni z myślą, iż sami staniemy się obiektem żartów, czy to z powodu koloru włosów, wzrostu, wagi czy też przekonań religijnych itp. Dobry żart nie kpi bowiem z osoby, ale z zaistniałej sytuacji i możliwości ewentualnego (zabawnego) zachowania tudzież jej zakończenia. To tak ja ze skórką od banana i osobą, która się na niej poślizgnie. Normalnie to jeden z najstarszych gagów komediowych, ale… Co z osobą, która się poślizgnęła? Co z jej uczuciami? Może upadek ją zabolał? Nie ważne, bo gag się udał. Cała sala pęka ze śmiechu.

To samo tyczy się kawałów o Żydach, Murzynach, Azjatach, Niepełnosprawnych (niewidomych, garbatych itd.), Łysych, Rudych (ci to dopiero dostają po d.) itp. itd. Niepoprawne politycznie? Nie przystoi się z nich śmiać? Ale to jest kurwa śmieszne! Tak samo jak dowcip o aparatach słuchowych. Nie palę Żydów, nie wykorzystuję Czarnoskórych do zbierania pomidorów i nie mam nic do Azjatów (chociaż ich akurat wykorzystuję jak nie mam pomysłu na obiad), a co do niepełnosprawności – sam mam orzeczenie. Ludzie, trochę dystansu do siebie.

Bo z dobrym żartem nie ma żartów. Tak jak z poczucia humoru. Naukowcy odkryli, że za poczucie humoru odpowiedzialny jest fragment mózgu zwany płatem czołowym. Fragment ten pracuje najmocniej podczas oglądania śmiesznych rzeczy, słuchania zabawnych dowcipów itp. U osób z depresją pracuje on mniej… prawie w ogóle.
Humor odgrywa też bardzo dużą rolę w komunikacji międzyludzkiej. Ośrodek odpowiedzialny za śmiech umiejscowiony jest w korze mózgowej, a więc w obszarze decydującym o naszym człowieczeństwie. Wiele badań wskazuje na to, że śmiech stanowi element integrujący społeczeństwo. Okazuje się, że w samotności śmiejemy się nawet 30 razy rzadziej niż w przypadku, gdy jesteśmy częścią jakiejś grupy. To nawet tłumaczy, dlaczego większość ludzi, którzy lubią przebywać sami, uważanych jest za nudziarzy lub chorych depresyjnie.

Ciekawe prawda? No, przynajmniej mnie ciekawi. Ale wracając do tematu. Skoro humor jest elementem komunikacji społecznej tzn., że niektóre dowcipy jedne grupy śmieszą bardziej, a inne mniej. Nie oznacza to wcale, że nie są śmieszne. Kwestia podejścia oraz uwarunkowań społeczno-poglądowych. Bo dajmy na to takie dowcipy o pedofilii mnie nie śmieszą, ale już tematyka ksiądz-ministrant owszem. Działamy wybiórczo, dlatego też nie powinniśmy negować, tylko starać się zrozumieć humor innych. Owszem, są też pewne granice, jeżeli ktoś kogoś obraża, ingeruje znacząco swoim humorem w czyjeś życie (takim aspołecznym – pobijmy rudego, bo jest rudy i będzie śmiesznie się komponować czerwona krew na rudej głowie – sorry rudzi), robi przykre żarty/dowcipy, to należy to negować. Jednakże dowcip ustny, to forma dla mnie akceptowalna, jeżeli nie ma na celu niczyjej krzywdy, a wyłącznie poprawę humoru w określonych grupach, które akceptują tę formę żartu. Trochę to zawiłe, ale myślę, że zrozumiałe. Chyba. Na pewno.